poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Rozdział 6 - Wbrew woli

          Przez najbliższe lata opowiadałam Hermionie wiele rzeczy, ale tak by do kilku rzeczy doszła sama. Z Harrym i Ronem zaprzyjaźniłam się dopiero w połowie pierwszej klasy zaraz po przybyciu do szkoły na pierwszy semestr, ale trzymałam się na uboczu. Jeśli mieli jakiś problem zwracali się z tym do mnie.

~~*~~

          Na pierwszym roku mało im pomagałam.
- Ala, powiedz kim jest Nicolas Flamel? - prosił Harry w Święta Bożego Narodzenia (Hermiona wyjechała, a ja postanowiłam zostać. Było mi trudno się hamować w mówieniu im o wszystkim).
- Nie mogę wam powiedzieć. - odparłam.
- Prosimy!!! - wołali.
- No dobrze, ale tylko dam wam jedną wskazówkę. - spojrzałam na nich, a oni wyczekiwali na wskazówkę. - ...Czekoladowe żaby. Tam znajdziecie odpowiedź. Więcej nie powiem. - i zanim coś chciałam powiedzieć wypadłam z wierzy Gryfonów.
- Czekoladowe żaby? O co jej chodziło? - spytał Ron idąc korytarzem w kierunku Wielkiej Sali.
- Mnie nie pytaj. Ważne, że mamy wskazówkę, i to dość dziwną. - odparł Harry.
- Ale i smaczną. - dodał Ron. Obaj zachichotali.
          Jak było do przewidzenia, gdy opowiedziałam Hermionie, co Harry zrobił w nocy trzy razy z rzędu, dziewczyna zdenerwowała się i go ochrzaniła, ale gdy podczas obiadu Ron pokazał całej trójce kartę z czekoladowych żab z podobizną Dumbledore'a i fragment o Flamelu obaj spojrzeli na mnie.
- To miałaś na myśli! - zawołał Harry.
- Tak. - odpowiedziałam szczerząc zęby.
- Co teraz mamy zrobić? - spytał Harry.
- Niech pomyślę... - myślałam na głos. - ...Idźcie do biblioteki, by się dowiedzieć kim jest ten Flamel. Następnie poczekajcie do kwietnia na dziwne zachowanie Hagrida. Stanie się to właśnie w bibliotece. On wam powie czemu będzie się tak dziwnie zachowywał. Pójdźcie później do jego chatki. Wyjaśni wam co zrobił w Hogsmeade. - poradziłam im. Tak zrobili.

~~*~~

          Na koniec roku Harry, Ron i Hermiona musieli się zmierzyć z trzecim piętrem. Tu już musiałam się lekko wtrącić. Wysłałam tylko sowę do Dumbledore'a z wiadomością, że cała trójka są na trzecim piętrze i jest tam Voldemort. Nie napisałam dyrektorowi, że ruszyłam uczniom na pomoc. Poprosiłam Elyon, by dała mi więcej mocy i deportowałam się prosto do ostatniej komnaty bym mogła pomóc Harry'emu. Zdążyłam w ostatniej chwili. Wokół był ogień, a Harry był w pułapce. Pojawiłam się tuż za chłopakiem.
- Panna Peterson?! - zawołał profesor.
- Alina! - zawołał Harry obejrzawszy się. Podeszłam do chłopaka i pomogłam mu wstać.
- Nic ci nie jest, Harry? - spytałam z troską.
- Nie. Tylko blizna mnie boli. - odparł.
- Nic w tym dziwnego. Voldemort tu jest... - szepnęłam spojrzawszy na profesora. - ...To twoje błogosławieństwo jak i przekleństwo. - dodałam.
- Nie rozumiem.
- Nie? Wyjaśnię ci. Wyczuwasz jego obecność poprzez ból blizny, Harry. - szepnęłam.
- Peterson! - zawołał Quirrell. Spojrzałam na niego.
- Słucham? - spytałam z lekką obojętnością.
- Co tu robisz? - spytał.
- Chronię Harry'ego przed twoim panem. Tak na marginesie, wiem, że masz w sobie widmo Voldemorta. Zdejmij ten głupawy turban i go pokaż. Wiem, że tam jest. Jest na tyle silny, by porozmawiać z nami. No dalej, zdejmij go. - powiedziałam. Quirrell chwilę się wahał, aż w końcu zdjął go i się obrócił.
- Skąd wiedziałaś? - zdziwił się Harry. Uśmiechnęłam się.
- Wiesz dlaczego. - odparłam znacząco.
- Więc nam powiedz... Peterson, tak? - spytał Riddle.
- Tak. Nazywam się Alianna Nancy Peterson. - przedstawiłam się.
- Rozumiem. Więc powiedz mi, panno Peterson skąd wiesz, że byłem w ciele Quirrella? - spytał Riddle.
- Obserwowałam przez cały czas profesora Quirrella i Harry'ego odkąd przyszliśmy do szkoły. Zauważyłam, że Harry'ego często bolała blizna, zwłaszcza przez ostatnie tygodnie. Jeśli chodzi o profesora to zauważyłam, że często wychodził w nocy. W Noc Duchów zmylił pościg za Trollem, a sam poszedł na trzecie piętro, by skraść Kamień Filozoficzny, ale Snape mu w tym przeszkodził. Jego turban był podejrzany i cuchnęło od niego i to było dziwne. Podczas pierwszego meczu quidditcha Gryfoni przeciw Ślizgonom Hermiona, moja przyrodnia siostra i przyjaciółka Harry'ego, podpaliła szatę Snape'a. Uciekając chyłkiem popchnęła Quirrella przerywając wzrokowy kontakt obu mężczyzn, który mieli skupiony na Harrym. Jeden chciał go zabić,a drugi ratować. W ten sposób uratowała go. - wyjaśniłam.
- Rozumiem, a teraz słuchaj. Potter ma coś czego ja chcę. - oświadczył.
- Wiem czego chcesz, Riddle! - zawołałam.
- Nie nazywaj mnie tak! - krzyknął.
- Bo co?... - spytałam. - ...Kamienia Filozoficznego i tak nie dostaniesz za żadne skarby świata, choćbyś mnie torturował czy gwałcił i tak go nie dostaniesz! - zawołałam.
- Zabij! - zawołał Voldemort do Quirrella wkurzony nie na żarty.
- Harry, kryj się i schowaj Kamień!... - krzyknęłam. Jednak Harry nie zrobił tego dość szybko, gdyż profesor rzucił się na Pottera. - ...Harry! - krzyknęłam. Za późno. Mężczyzna już był na nim dusił się. Myślałam chwilę.
- "Harry, dotknij go. Jest połączony duszą i ciałem z Voldemortem. Twój dotyk będzie go ranił" - przekazałam mu telepatyczną informację. Gdy otworzyłam oczy zobaczyłam jak Harry chwyta jego rękę. Ten wrzeszczy:
- Co to za czary?! - i po chwili Voldemort zawołał:
- Kamień jest na schodach!! - krzyknął. Spojrzałam w kierunku schodów i na Kamień, po czym na Riddle'a, a potem na Harry'ego.
- Harry, dotknij jego twarzy!! To zabije Quirrella! I wytrzymaj ból! - zawołałam. Harry tak zrobił. Chwilę potem całe ciało profesora zamieniło się w proch.
- Ufff! - ulżyło chłopakowi. Byłam nie spokojna. Patrzyłam na resztki profesora. Harry podszedł spokojnie do Kamienia leżącego na schodach.
- HARRY!... - ryknęłam. Znowu było za późno. Widmo Riddle'a przeleciało przez Pottera, a on upadł i zemdlał. Zdążyłam go chwycić w locie. - ...Harry! Harry! Obudź się! Nie... Obudzisz się, proszę... ech... - w tym momencie przybiegł profesor Dumbledore.
- Co mu się stało? - spytał.
- Spóźnił się pan... - szepnęłam przez łzy. Podałam go profesorowi. - ... Nic mu nie jest. Tylko zemdlał. Obudzi się za trzy dni... - odpowiedziałam. - ...Przepraszam, że pana nie posłuchałam i poszłam go ratować. Chciałabym zostać sama. Do widzenia. - pożegnałam go. Już robiłam krok na schodach, gdy sobie coś przypomniałam. Obejrzałam się i powiedziałam: - ...Profesorze?
- Tak, panno Peterson?
- Musi pan powiedzieć Harry'emu o przepowiedni dotyczącej jego i Voldemorta. Nie może pan się zasłaniać jego wiekiem, bo to bezcelowe. Będzie wściekły na pana. Gdy Syriusz Black ucieknie z Azkabanu będzie to pierwszy znak zbliżania się do odkrycia prawdy sprzed jedenastu lat. Wiedz, profesorze, że prawdziwy zdrajca Potterów żyje i jest wciąż na wolności oraz jest bliżej niż myślisz. - oświadczyłam i weszłam po schodach zostawiając zaskoczonego profesora z nieprzytomnym Harrym.

~~*~~

          Na drugim roku było trochę gorzej. Miała być otwarta Komnata Tajemnic zbudowana przez Salazara Slytherina. Miałam problem z bezstronnością. Z jednej strony chciałam być neutralna. Z drugiej zaczęłam ich bardzo lubić i chciałam pomóc. Powiedzieć im wszystko, co wiem. Jak na przykład to, że dziedzicem Slytherina jest Lord Voldemort dawniej znany jako Tom Marvolo Riddle.
W Esach i Floresach spotkaliśmy Malfoy'ów. Ojca i syna. Zanim podeszli szepnęłam Harry'emu do ucha:
- To, co się stanie w tym roku będzie miało początek od Lucjusza Malfoy'a. Zastanów się skąd Zgredek wiedział o tym niebezpieczeństwie, które się w tym roku się wydarzy. - Harry skinął lekko głową.

~~*~~

          Całą drogę od domu Grangerów do Hogwartu milczałam jak zaklęta zatapiając się w swoich myślach o tym wszystkim. Bałam się tego, co wydarzy się w tym roku.
          Do prawie nikogo się nie odzywałam przez cały rok, a już w szczególności do dnia, gdy została zaatakowana Hermiona. Załamałam się wtedy. Do niej bardzo się przywiązałam pomimo, że nie była moją siostrą.
          W dniu, gdy Harry i Ron mieli iść do Komnaty zatrzymali się przy mnie.
- Ala, powiesz nam co się tam stanie? - spytał Ron. Milczałam patrząc tępo w jeden punkt w ogniu. Obaj chłopcy spojrzeli na siebie. Po chwili Harry usiadł przy mnie i położył mi dłoń na ramieniu.
- Ala, wszystko w porządku?... - pokręciłam przecząco głową. - ...A co się stało? - Po chwili milczenia przytuliłam się do niego mówiąc przez łzy:
- Jak mam być spokojna skoro Hermiona jest sztywna i zimna jak kamień, a ty ledwo ujdziesz z życiem w tej Komnacie!? - pisnęłam. Harry spojrzał na mnie. Chwycił za rękę i wyprowadził z Pokoju. Szliśmy korytarzami aż do sali OPCM obok gabinetu Lockharta. Tam zatrzymaliśmy się.
- Alina powiedz, czy my przeżyjemy? - spytał.
- Ale o czym ty mówisz? - spytałam ocierając oczy z łez.
- Mówię o Komnacie Tajemnic. Czy my przeżyjemy spotkanie z bazyliszkiem i dziedzicem Slytherina? - spytał z nadzieją. Po paru chwilach odpowiedziałam z lekkim uśmiechem:
- Tak, Harry. Przeżyjecie... - obaj chłopcy odetchnęli z ulgi. Już mieli iść, gdy chwyciłam Harry'ego za rękę. - ...Harry, czemu mnie tu przyprowadziłeś? - spytałam.
- Dlatego, żebyś mogła to zobaczyć. Hermiona wielokrotnie nam powtarzała, że chcesz wiele spraw ze mną związanych zobaczyć. Bardzo nam pomogłaś w ubiegłym roku. Widziałaś Voldemorta, a on ciebie. Często zastanawiało mnie: skąd ty to wszystko wiesz. Rozmawiałaś z nim jakby sam coś ci zrobił. Czyż nie tak? - spytał. Wpatrywałam się w jego zielone oczy. W moim umyśle pojawiła się absurdalna wizja. Widziałam siebie i Harry'ego całujących się nad brzegiem morza.



Musiałam zganić samą siebie, by tego w rzeczywistości nie zrobić, gdyż wiedziałam, że jego wybranką była Ginny Weasley.
- Nie, Harry. On mi nic nie zrobił. Bardziej mówiłam w twoim imieniu. Chciałam, by wiedział ile ja wiem, ale nie na tyle by nie mógł działać, gdy wróci... Ech... Nie mówmy o tym, dobra? Idę do wierzy. Pamiętaj, że pozory mylą. Ci, których znasz krótko mogą się okazać albo wierni, jak ja jestem oraz Ron i Hermiona lub życzyć ci śmierci, do których na pewno należy Voldemort. Powodzenia. - Pocałowałam ich w oba policzki i poszłam nie oglądając się za siebie. Wiedziałam co się stanie w Komnacie, ale tym razem nie chciałam się wtrącać. Harry sam musi to przeżyć. Jednak bałam się, że znowu mi może się coś wypsnąć bez mojej woli.